środa, 25 stycznia 2012

Pierwsze prawo magii [Terry Goodkind]



Richard Cypher, skromny leśny przewodnik, ratuje Kahlan Amnell, ostatnią Matkę Spowiedniczkę, z rąk morderców nasłanych przez diabolicznego czarodzieja Rahla Posępnego. Rahl, okrutny pan D'Hary, pragnie władzy nad trzema szkatułami Ordena - wrotami do magii życia i śmierci. Przeciwstawić może mu się tylko Poszukiwacz Prawdy, osoba czystego serca i silnej woli. Czarodziej Zedd ogłasza nim młodego Richarda...


Nie spodziewałam się po tej książce wiele. Ot, chciałam coś stosunkowo lekkiego, przy czym mogłabym wyłączyć myślenie i odpocząć od całego świata. Dostałam to co chciałam, a nawet więcej.

   "Pierwsze prawo magii" jest typowym heroic fantasy. Przedstawiony świat nie jest szczególnie oryginalny, ale nie można też powiedzieć, że czegoś mu brakuje i jest całkowitą kopią jakiegoś innego świata. Zdecydowanie nie. Można za to pokusić się o stwierdzenie - przyjemnie się o tym świecie czyta. Są smoki, są czarodzieje i parę innych frakcji i ludów już nieco mniej oklepanych.
   Bohaterowie są sympatyczni, ale to wszystko co mogę o nich powiedzieć. W czasie lektury nie kibicowałam szczególnie żadnemu z nich, nie obgryzałam paznokci z napięcia i niepokoju o ich los, ale też, co najważniejsze, żadnemu nie życzyłam śmierci.
   Fabuła jest bardzo typowa jeśli chodzi o ten gatunek, reprezentując typ historii "Od zera do bohatera".
Jest to opowieść o podróży w celu obalenia władcy. Władcy, który jest (jak się wydaje) ucieleśnieniem zła.
   Wszystko to już było i będzie. Bohaterowie z tajemnicą, główny zły z mniej złymi motywami, osoby, które są jakie są przez ciężkie wychowanie i droga, niekończąca się droga, pełna przeciwności do pokonania, mających na celu ukazać zmianę - cielesną i psychiczną tego zera, o którym wiemy jedno - zdoła uratować świat.
    Nie była to lektura mojego życia, ale nie mogę powiedzieć, że straciłam czas. Tak nie było. Wciągnęłam się niesamowicie i nie byłam w stanie odłożyć książki na bok.

Nie zmienia to jednak faktu, że treść jest jaka jest. Jeśli nie ma się dużych oczekiwań nie można być rozczarowanym. Ja nie jestem, a co najważniejsze, mam zamiar sięgnąć po kolejną część.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Gra o tron [George R. R. Martin]





W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima, lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy oraz starzy bogowie. Zbuntowani władcy na szczęście pokonali szalonego Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain, ale tyranowi udało się zbiec; śmierć dosięgła go z ręki gwardzisty. Niestety, obalony władca pozostawił potomstwo, równie nieobliczalne jak on sam... Opuszczony tron objął Robert - najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron.


Zysk i S-ka, 2011





Ponownie zgrzeszyłam.
Obiecałam sobie dawno temu, że nie wplączę się znowu w długą sagę. Brak czasu, brak pieniędzy, brak cierpliwości - to główne czynniki podjęcia takiej, a nie innej decyzji.
Jednak los lubi sobie ze mną igrać. Miałam wyjeżdżać na wakacje do Irlandii, gdzie moja matka poświęca się dla ludzkości. Poprosiła mnie o zakup książki, zauroczona serialem. Kupiłam i coś mnie podkusiło do przeczytania.
Wpadłam. 
Czytać zaczęłam zapoznana z czterema odcinkami serialu, które pokrywają się niemalże całkowicie z pierwszymi rozdziałami. Mimo wszystko całą powieść czytało się szybko, a objętość ma całkiem sporą. Historia jest wciągająca, intryga goni intrygę. Trudno jest o niej pisać, bo wydaje mi się, że podchodząc do tej książki z pewną tajemnicą staje się ona większą przygodą. Matka zdradziła mi najlepsze fragmenty i nie było już tak miło i przyjemnie. Najlepiej przyswajało mi się fragmenty z Daenerys (potomkini tego który już nie króluje), czasami miałam ochotę opuszczać pewne fragmenty, byleby dotrzeć jak najszybciej do akcji za morzem. Eddard (przyjaciel tego, który rozgrzewa dupskiem tron) i jego rodzinka momentami mnie drażnili, dopiero pod koniec zaczęłam obgryzać paznokcie zapoznając się z historią wojenną jego syna. Martin umie tworzyć wyborne intrygi i silne charaktery kobiet, za co ma u mnie jeden punkt więcej.Koniec jest zaskakująco drażniący i już nie mogę się doczekać aż wrócę do Polski i dorwę kolejne tomy. W całej książce najbardziej nie podobało mi się to nowe wydanie z serialową okładką. Znalazłam gdzieś w głębinach for internetowych informacje, że tłumaczenie nieco różni się od wcześniejszego, sprzed kilku lat. Denerwowało mnie ciągłe patrzenie na ten nieszczęsny tytuł "ser" zamiast "sir", wyczekiwałam tylko momentu aż pojawi się jakaś lejdi. Było też kilka mało zgrabnych zdań. Niby nic, ale trochę burzy przyjemność obcowania z treścią.


Grę o tron polecam, z zastrzeżeniem, że ludzi podatnych może wciągnąć na amen.


Wielki powrót

Powracam.
Niestety opuściłam tego bloga, chociaż obiecywałam sobie, że tego nie zrobię. Jednak nigdy nie jest za późno.
Co prawda opuściłam się trochę w czytelnictwie, przerzucając na komiksy, oglądanie filmów i tworzenie własnych historii. Jednakże, wakacje sprzyjają nudzie, nuda sprzyja czytelnictwu. Teraz już nie w autobusie, a w miękkim łóżeczku, czytam i chcę się tym z Wami dzielić.

środa, 9 marca 2011

Nie szukaj mnie [Piotr Wereśniak]



"Pewnego dnia w małym greckim porcie Gośka kupuje gazetę i znajduje w niej… informację o swojej śmierci. Wszystkie szczegóły się zgadzają, tylko że ona żyje! Teraz może zrobić jedno: uciekać.
Pewnego dnia w prywatnym odrzutowcu lecącym nad Atlantykiem niemiecki miliarder Hans Jurgen Vallbracht dowiaduje się, że… zlecił zabójstwo. Wszystkie szczegóły się zgadzają, tylko że on niczego nie zlecał! Teraz może zrobić jedno: uciekać.
Zawrotne tempo, ogromne pieniądze i wielka miłość – w nowej, nieprzewidywalnej powieści sensacyjnej Piotra Wereśniaka."
Wydawnictwo Otwarte, 2010

Choć niewiele książek polskich autorów zdobi moją półkę, to każda kolejna przewijająca się przez moje ręce przekonuje mnie do zmiany takiego stanu rzeczy. Nie szukaj mnie jest jedną z takich opowieści. Już po przeczytaniu dwóch pierwszych rozdziałów dosłownie wsiąknęłam w opowiadaną przez autora opowieść. Jest ona przedstawiona w niezwykle filmowy sposób, cała narracja, wprowadzenie postaci, poznawanie ich historii kojarzy mi się z niejednym filmem. Doświadczenie autora (reżyser i scenarzysta) w ich tworzeniu wyraźnie rzutuje na sposób opowiadania historii, ale nie przeszkadza to w żaden sposób w jej odbiorze, a nawet dodaje jej więcej smaku. Fabuła na pierwszy rzut oka jest prosta. Młoda kobieta - złodziejka z przypadku, przystojny mężczyzna - dziennikarz, żyjący z wyłudzania pieniędzy, łączą siły, by zyskać coś na czym im najbardziej zależy. Jest intryga, są duże pieniądze, porwania, łapówki, szantaże, a w przerwach między jedną akcją a drugą, rozwijająca się miłość. Jednak nawet najlepsza historia nie mogłaby obronić się bez dobrze nakreślonych postaci - a to według mnie jedna z największych zalet opowieści.  Główna bohaterka, Małgorzata, to inteligentna, sprytna babka, lecz nie pozbawiona uczuć - czasami panikuje, błądzi, łamie głowę nad tym czy postępuje dobrze, ale w chwilach najważniejszych zawsze potrafi zachować zimną krew i dzięki temu jest taka intrygująca. Igor - mężczyzna pomagający Gośce wie do czego dąży, zna swoje atuty i dobrze je wykorzystuje, ale z czasem zaczyna wątpić czy postawiony cel wart jest takiego zachodu, czy może zadowoli się tylko i wyłącznie czystym uczuciem. Drugoplanowe postacie również wyróżniają się na plus,a stronice pełne są dobrych dialogów pomiędzy gangsterami, ludźmi wpływowymi i policjantami - patriotami do szpiku kości.
Koniec jest dosyć zaskakujący, ale czuję jednak pewien niedosyt. Całe rozwiązanie nastąpiło tak szybko w porównaniu z wprowadzeniem, że chciałoby się aby potrwało to trochę dłużej.
Warto zapoznać się z tą historią, choć wydaje mi się, że tylko pierwszy raz będzie smakował tak dobrze.

niedziela, 6 marca 2011

Adrian Mole. Zaginione dzienniki 1999 - 2001 [ Sue Townsend ]



"Kiedy Sue Townsend obwieściła, że Adrian Mole i broń masowego rażenia to ostatnia część serii, jej wielbiciele pogrążyli się w żalu. Na szczęście przewidywania autorki się nie sprawdziły.
Gdy w pamiętną Wigilię 2001 grupa antyterrorystów wparowała do mieszkania Mole'a, zarekwirowane zostały wszystkie jego zapiski, w tym dzienniki z lat 1999-2001. Po wyjaśnieniu afery Adrian wrócił na wolność i odzyskał swoje diariusze. A w nich...
... wkracza w nowe millenium. Mimo że osiągnął już wiek chrystusowy, ciągle nie ma na koncie nawet jednego sukcesu życiowego. Samotnie wychowuje dwóch synów. Żaden wydawca nie chce rozpoznać w nim obiecującego autora bestsellerów, jak gdyby napisana przez niego książka kucharska nic nie znaczyła. W dodatku Adrian o mały włos nie ląduje na bruku, bo jego matka zamierza po raz czwarty wyjść się za mąż. Mole przenosi się więc z synami do dzielnicy o wątpliwej reputacji. A jakby nieszczęść było mało, wprowadza się do niego przyrodni brat wraz z łóżkiem za, bagatela, osiem tysięcy funtów. Zaginione dzienniki to rarytas dla tych, którzy jeszcze tej komicznej postaci nie znają, zaś dla wielbicieli twórczości Townsend - wisienka na torcie. Napisane z werwą i humorem, czasem uszczypliwie, czasem refleksyjnie. Przed okiem Mole i piórem Townsend nic się nie ukryje!"
Wydawnictwo W.A.B., 2010

To było moje pierwsze spotkanie z Adrianem Mole. Po przeczytaniu Dzienników nabrałam ochoty na więcej. Książka napisana jest lekko, a podczas lektury uśmiech nie schodził mi z ust, co wywoływało zdziwienie pasażerów autobusu (siódma rano najwyraźniej nie sprzyja pozytywnemu postrzeganiu świata). Podejrzewam, że wszyscy zaznajomieni z tą barwną postacią i jej życiem, bedą bawili się nawet lepiej ode mnie.
Miło się to czytało, wygodnie, a w podróży nie było żadych problemów z wyciagnięciem książki bez zażenowania(miałam kilka takich sytuacji, gdzie okładka książki odstraszała wręcz od dzielenia się jej widokiem z innymi). Nie ma co się rozpisywać, warto samemu przekonać się o wyjątkowym talencie Adriana do zapisywania skrawków swojego życia.


To mój debiut "recenzencki" - czuję lekkie podniecenie,zdradzieckie dłonie drżą, pokazując całemu światu moje zdenerwowanie;) Mam nadzieję, że następnym razem bardziej rozwinę się w tej blogowej pisaninie. Nie zjedzcie mnie, proszę.

Początek

Początki są zawsze trudne, przynajmniej w moim przypadku. Przeglądając dziesiątki blogów czytelniczych, poczułam nagłą chęć podzielenia się ze światem moimi przemyśleniami na temat słowa pisanego. W ostatnim czasie czytam w zasadzie tylko w środkach komunikacji miejskiej, z każdą kartką przenosząc się nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni ;) Zapraszam więc do poczytania o tym, co się czyta w podróży i nie tylko.